środa, 25 czerwca 2014

W końcu.

            W końcu mój tryb życia trochę wyluzował. Więc od dzisiaj mogę zacząć prawdziwą dietę jaką wprowadziłam sobie na początku. Moim zadaniem jest nie przekraczać 300 kalorii na dzień, im mniej tym lepiej. Śniadanie u mnie to podstawa, a jedzenie po godzinie 18 jest surowo zabronione. Dołączam również z powrotem ćwiczenia. Jestem pełna nadziei, nie zawiodę Was. Nie wiem jak będzie na tym wyjeździe, ale będzie mi Was brakowało. Oczywiście pochwalę się Wam moimi sukcesami jak tylko wrócę, nie wierzę w to, że nie uda mi się chociaż tych trzech kilogramów zostawić tam w tej miejscowości. 

         Oprócz dobrego nastroju muszę Wam powiedzieć, że jestem okropnie zmęczona . :c Nie wyspałam się, miałam okropny sen, wszędzie była krew, ktoś co chwilę umierał, ale najgorsze było to, że w tym śnie zastanawiałam się czy to jest sen czy to się dzieje naprawdę. Modliłam się o to żeby to był sen, a jednak nie mogłam się obudzić. Nawet przejęłam w nim kontrolę, byłam wszystkiego świadoma, mogłam robić co mi się podobało, tylko ten paraliż strachu, ze nie potrafiłam się obudzić, że może jednak to prawda... Skoczyłam z okna, żeby przekonać się czy zginę czy się obudzę... Obudziłam się. Byłam cała mokra, a policzki szczypały mnie od łez, serce waliło niczym oszalałe, ale się śmiałam. Byłam szczęśliwa, że obudziłam się w swoim łóżku, a nie gdzieś w szpitalu z myślą, że wymordowali mi wszystkich których kochałam. 

       Krótko mówiąc w jedną noc zdążyłam zwiedzić całe piekło. Na szczęście to tylko moja wyobraźnia i wszystko jest w porządku. Uważam, że ten dzień nawet jak na początek jest już udany. Wydaje mi się albo właśnie mam deja vu. Tak zdecydowanie mam deja vu. To dziwne. W każdym razie przejdę już do bilansu. 

Bilans:

  • Trzy gotowane białka z jajek.
  • Dwie szklanki wody z cytryną (Ogólnie samej wody nigdy nie liczę)
  • W tej chwili na parapecie studzi się moja porcja galaretki, zamierzam zjeść ją jak będę mocno głodna. 
  • Na kolację mam przygotowaną gruszkę. 
To wszystko jeżeli chodzi o dzisiejszy dzień. Nie mogę doczekać się wyjazdu, z niecierpliwością odliczam dni. Trzymajcie się śliczne, mam nadzieję, że do jutra! <3 




wtorek, 24 czerwca 2014

Boże, nie.

              Cóż wakacje już za dwa dni, wyjazd nad jezioro za pięć dni, a ja jakoś nie specjalnie jestem zadowolona. Mam ochotę zapaść się pod ziemię. Dlaczego nie potrafię obrzydzić sobie jedzenia do tego stopnia, że wymiotowałabym na sam jego widok. Tłuste robale wijące się w każdej żywności, ciągną się i ocierają o siebie obślizgłą powłoką, wydają z siebie tak odrzucające dźwięki, i ta woń która powoduje, że kręci Ci się w głowie... Nie potrafię.. Nie potrafię wyobrazić sobie tego na tyle prawdziwie żeby w to uwierzyć. Z wagi nie wiele mi ubywa, jestem załamana. Gdyby to było takie łatwe jak przybieranie na wadze...  
           
         Jak już mówiłam, nie długo wyjazd, może tam uda mi się zrzucić przynajmniej 3 kg. Jadę tam na tydzień, będę pływać, powiem też przyjaciółkom, że zaczęłam biegać 'dla zdrowia'. Zazwyczaj jest tak, że bardzo rzadko przy nich jem cokolwiek, więc będę mogła im powiedzieć, że zawsze tak mało jem, tylko mam taki pojebany metabolizm. Przez rodziców tam kontrolowana nie będę więc całkiem nieźle się zapowiada. Nabrałam trochę nadziei. 
        
        Cóż, znowu mi się trochę spieszy, a zresztą i tak chyba nie mam na dzisiaj więcej do powiedzenia. Chciałabym Was tylko jeszcze przeprosić, że rzadko tu ostatnio bywam. 

Bilans na dziś: 

  • Herbata melissa gorzka.
  • Bułka z łososiem.
  • Kawałek arbuza.
  • Sos pomidorowy z ryżem. (powiedziałam mamie, że pulpety mi nie smakują)
  • Pasek czekolady, miałam napad na słodkie, bałam się, że jeśli zignoruję skończy się gorzej. 
To wszystko na dziś, za wcześniejsze dni już nie chce mi się podawać bilansu, nawet szczerze mówiąc nie pamiętam dokładnie.. Trzymajcie się mocno, piękne, kocham Was. 




piątek, 20 czerwca 2014

OK.

            Trochę spokoju mam do godziny 18. więc oczywiście na pierwszym miejscu musiałam wejść na bloga. Dzisiejszy dzień jest taki od niechcenia. Najchętniej to przeleżałabym cały w łóżku. Ale nie powiem, że źle się czuję, bo mój nastrój jest w miarę dobry, być może z powodu udanych zakupów dzisiaj. Odkąd nie wydaje pieniędzy na bezsensowne rzeczy którym jest jedzenie, zaoszczędziłam sporo i kupiłam sobie kilka fajnych ciuszków. Dwie jeansowe katany, dwie bluzy, koszulę i trzy bluzeczki. Zobaczyłam teraz właśnie ile wydawałam na jedzenie. To na jakieś sushi z koleżanką lubiłam sobie pójść, tutaj do Mac Donalda, a tutaj na jakąś pizzę i jeszcze w kinie od czasu do czasu jakieś nachos'y, colę i popcorn... I jeszcze potem może do jakiejś żabki po chipsy, batoniki i znowu dycha czy nawet dwie w plecy... Nigdy na to nie patrzyłam z tej strony, ale powiem szczerze, że byłam w szoku. Teraz zamiast dodatkowych kalorii mam uśmiech na twarzy i parę fajnych ciuszków. 
             
            Mogę uznać za dobre jeszcze to, że mama nie gotowała dzisiaj obiadu i powiedziała, że jeśli chcę może dać mi pieniądze na jakąś zapiekankę, pieniądze wzięłam, ale oczywiście zapiekanki nie kupiłam. Nie czuję się też jakoś specjalnie głodna.  Ten dzień jest dla mnie tak jakby wolnym dniem, ponieważ  w porównaniu z innymi jest "chilloutowy", postanowiłam sobie pooglądać moje seriale. Dzięki temu zajęciu zapomnę o jedzeniu na parę dobrych godzin, a potem po 18 na pewno już nic nie zjem, bo odkąd pamiętam najpóźniej jadam właśnie o 18. Także dzisiaj jestem nawet szczęśliwa. Oby jutrzejszy dzień przyniósł mi więcej radości. 

Bilans na dziś:
  • Kawa czarna z łyżeczką cukru.
  • Brzoskwinia.
  • Jogurt naturalny.
  • Sok grejpfrutowy Marwit. 
  • Bułka z masłem roślinnym i pastą jajeczną.
+ Jeszcze muszę powiedzieć, że rano na tych zakupach trochę się nachodziłam więc można to uznać jako kolejny malutki sukces. 
 Kochane wspieram  was w osiąganiu sukcesów, oby tak dalej! 

  


czwartek, 19 czerwca 2014

             W końcu zauważyłam jakieś efekty, może niewielkie, ale mogę to uznać jako mały sukces na początku.  Moja waga osiągnęła wreszcie równo 58 kg.  Planowałam oczywiście schudnąć więcej w takim czasie, ale mogę być zła tylko na samą siebie, ponieważ zwiększyłam nieco dawkę spożywanych kalorii na dzień i zrezygnowałam z ćwiczeń. Nie chciałam tego robić, ale ostatnio spotkało mnie sporo stresu. Mało sypiam, na ćwiczenia brak mi czasu, brak mi czasu praktycznie na wszystko. Mama cały czas gotuje odkąd ma urlop, więc kiedy wracam do domu jedzenie podstawia mi pod nos,  a ja po przeżyciu na prawdę męczącego dnia nie mogę się powstrzymać. Ale na szczęście jakoś pozbyłam się tego kilograma, kiedy już się trochę ustabilizuję wrócę do ćwiczeń i ścisłej diety.
            
            Nawet teraz ledwo znalazłam czas na pisanie, wszystko robię w pośpiechu. Wykańcza mnie to. Nie wiem co napisać, więc po prostu napiszę bilans za wczoraj i dzisiaj.
Bilans za wczoraj: 

  • Chleb razowy z pomidorem i masłem roślinnym.
  • Kawałek sernika. 
  • Miska ogórkowej.
  • Schab na parze z warzywami.
Bilans na dziś: 

  • Potrawka z kurczaka.
  • Rogal z dżemem.
  • Dwie bułki z łososiem.
  • Kawa czarna bez cukru.
  • Coca cola zero.
 Trzymajcie się, mam nadzieję, że dam radę jeszcze przez te parę dni. 




wtorek, 17 czerwca 2014

Przesada.

               Znowu zawaliłam. Wczoraj jadłam tak jakby żadne zasady mnie nie obowiązywały. Może i tak nie było to tak dużo w porównaniu ile byłam w stanie zjeść jednego dnia kiedyś. Zraziłam się do siebie jeszcze bardziej. Dzisiaj jeszcze postanowiłam wejść tutaj przed szkołą, ale chyba nie mam zbyt wiele czasu. Tak więc nie wiem co mogę jeszcze dodać prócz tego, że mi wstyd, okropnie się czuję. Mam zimne poty i ogólnie trzęsę się z zimna ostatnio. Nie chcę mi się pisać o sobie więcej na ten temat. Mam siebie dość.
           
            Nocami ciężko mi z zaśnięciem, ciężko mi przestać myśleć o wszystkim na raz. Nawet nieprzespana noc wydaję się być zbyt krótka by pozamykać definitywnie wszystkie działy w mojej głowie. Ćwiczyłam ostatni raz przed wczoraj, dzisiaj biorę się solidnie do roboty. Koniec z tym.
           
Bilans za wczoraj:

  • 2x chleb razowy z szynką. 
  • Herbata zwykła gorzka.
  • Kawałek sernika na zimno z truskawkami.
  • Koktajl truskawkowy. 
  • Kalafior z bułką tartą.
  • Pasek czekolady.
Bilans na dziś:

  • Czarna kawa z łyżeczką cukru.
  • Jogurt naturalny. 
To wszystko na dziś, proszę pomóżcie mi iść dalej, nie chcę stać w miejscu i zaczynać od początku, przekreślając dnie w których ciężko pracowałam. Możecie na mnie liczyć, ze względu na brak czasu średnio mam czas przeglądać wasze blogi. Jeżeli któraś potrzebuje czegoś więcej ode mnie niż tylko dodawania wpisów, polecajcie mi swoje blogi w komentarzu. Jesteśmy tu po to żeby wspierać siebie nawzajem.

https://www.youtube.com/watch?v=u1XSzwhhF6M


niedziela, 15 czerwca 2014

Don't trust myself.

                 Boże zabij mnie zanim sama to zrobię. Znowu nie mogłam długo zasnąć chociaż byłam okropnie zmęczona... Kiedy rano wstałam byłam taka wściekła.. Mama robiła jajecznicę. Nie mogłam się powstrzymać i ją zjadłam. Wstyd mi, tak okropnie mi wstyd.. Zjadłam tłuste jajko smażone na maśle. Nie potrafię opisać jak jestem wściekła, zażenowana sobą. Siedziałam przy biurku i biorąc ostatni kęs uświadomiłam sobie co właśnie zrobiłam... Boję się wejść na wagę. Poważnie, boję się stanąć na nią i spojrzeć w dół. Popadam w jakąś paranoje, próbowałam to zwymiotować, ale dwa palce na mnie nie działają. Próbowałam również soli z wodą, ale też nic z tego. Nie wiem czego mogłabym spróbować na wymioty, myślałam jeszcze o sodzie oczyszczonej... Nie wiem czy spróbować. 
               
                 Podsumowując, jestem okropnie zmęczona, zażenowana, wczorajszy wysiłek poszedł na marne wszystko zjebałam przez głupią jajecznicę... Nie wiem jak mam to odreagować, pójść pobiegać czy może poćwiczyć znowu. Wiem jedno, na pewno już nic nie zjem dzisiaj, nie ma mowy. Stanęłam na wagę przed sekundą.. Równo 60 kg.. Jeżeli tak dalej pójdzie, to cofnę się na sam początek. Boże. 
              
                  Zdecydowałam, że teraz poćwiczę z Mel B. a następnie wezmę psa i pójdę pobiegać, albo przejdę się do babci i wyciągnę swój rower z altanki. Powiedzcie mi, że więcej tego nie zrobię, nie chcę popełniać takich błędów nigdy więcej. Co się ze mną dzieje? Potrafię powiedzieć NIE, dlaczego tym razem tego nie zrobiłam? Na dodatek doskonale wiem, że 30 czerwca wyjeżdżam nad jezioro. Stroju nie założę, nawet nie mam, ale w krótkich spodenkach na pewno będę pływać... Jak ja pokażę takie grube nogi. Co ja będę czuć kiedy inni będą na mnie patrzeć... Potrzebuję takiego mocnego, płaskiego w twarz. Żeby się w końcu ogarnąć.

Bilans na dziś:

  • Jajecznica na maśle ze szczypiorkiem.
  • Herbata Melissa gorzka.

              Dziękuję Wam wszystkim, że jesteście. Czytanie poniektórych blogów dodaje mi otuchy i pozwala powstrzymać się od popełnienia głupstwa. Gdyby nie Wy nie dałabym rady nawet pierwszego dnia. 

Trzymajcie się motylki, razem możemy coś zdziałać. 



sobota, 14 czerwca 2014

Smutno mi.

            Kolejny raz miałam dopiero napisać jutro, ale nie mam w tej chwili nic innego do roboty. Może inaczej... Nie mam siły na nic innego. Czuję się wykończona... Kompletnie inaczej sobie wyobrażałam ten dzień. Od rana nikogo u mnie nie było w domu więc korzystając z okazji wysprzątałam każdy kąt, potem zafundowałam sobie kilka treningów z Mel B. Nic więcej oprócz tej sałatki nie jadłam i na dziś to musi mi wystarczyć, ponieważ już jest po 18. Padam na twarz. Wstając szybciej mam mroczki przed oczami. Jeżeli tak ma być, to chyba muszę wzbogacić swoją dietę. Marzę o tym by schudnąć jak najszybciej, ale nie chciałabym zemdleć na ulicy przy pierwszej lepszej okazji. Całkiem rozumu mi nie odjęło. 
                 
               Mam taką ciężką głowę. Chce mi się płakać bez powodu. Jestem mięczakiem, po zaledwie dwóch dniach jestem taka zmęczona... Obiecałam sobie, że dam radę. Dotrzymam tej obietnicy i choć bym miała paść na ryj to się nie poddam. Wzbogacę tylko swoją dietę, bo naprawdę chciałabym uniknąć takich zasłabnięć, szczególnie jak będę w szkole czy gdzieś na mieście. Moim zadaniem jest nie wzbudzać podejrzeń, koszmarnie by się działo gdyby ktoś z moich bliskich dowiedział się, że jestem z aną. Przyjaciele szczególnie by się martwili, a już w ogóle strach pomyśleć do czego by się posunęli gdyby się dowiedzieli, że prowadzę tutaj drugie życie. W tym celu nie zyskałabym u nich wsparcia, za bardzo by się martwili i nie chcieliby mnie nawet wysłuchać. Jestem pewna, że przyjaciółka dotrzymałaby swojej obietnicy z kiedyś. Zerwałaby tą znajomość, powiedziała, że nie chce patrzyć jak się katuję. Nie poradziłabym sobie psychicznie ze świadomością utraty kogoś tak ważnego. 
                  
               Nie wiem co mam teraz ze sobą zrobić. Czuję się jakbym była pijana, przed chwilą lał się ze mnie pot z wysiłku a teraz jest mi zimno. Potrzebuję kogoś by był teraz ze mną. Potrzebuję się do kogoś przytulić. Nie czuję już głodu, ale czuję potrzebę by ktoś się mną zaopiekował...